Skip to content

Z dziennika samotnego człowieka

Ostatnio przechadzałem się po Almie, za którą stoi logistyka, bo nie portfel – jest mojemu lenistwu najbliższa – blisko mieszkam. Z pustym koszykiem ruszyłem w poszukiwaniu czegoś dobrego na głód studencki, czyli oszczędny. Oprócz tego ma być zdrowo, wymyśliłem sobie. Powstała niezgoda z kieszenią – za zdrowie płaci się więcej. Dałem odpocząć fast foodom – żałuję, że przez nie oszczędzam na zdrowiu.

*

Stanąłem w obozie żywotności  pomiędzy brokułem a kapustą, szpinakiem a cytryną, ogórkiem a cebulą – i w tym przepychu kolorów zacząłem szukać ulubionego. Biłem się z myślami: który z nich wybrać, aby może coś w kolaż, sałatkę zmieszać, czy zjeść zaraz po obraniu, co będzie słodkie, a może pikantne, ogółem wyraziste w smaku, soczyste, ale przede wszystkim miłe oku, pożądane natenczas. Musiałem poczuć jakiś pociąg, czyste pragnienie. Cytryna pomarańcza gruszka – wszystko takie zwykłe, nie miałem na nie ochoty. W sklepach jest wszystkiego za dużo.

Nagle objawił mi się dorodny ananas! Jego irokez wystał dostojnie zza pomidorów. Słodki i zdrowy, soczysty i stosunkowo sycący – pomyślałem. Wylądował w moim koszyku. I już bym stamtąd odszedł po jakieś masło i jajka na kiedy indziej, ale przypomniałem sobie o pierwszym warunku tych zakupów – miało być budżetowo, korzystnie dla kieszeni słoika. Odruchowo sięgnąłem do zielonego koszyczka. Smutne rozczarowanie, na naklejce jak byk brutalne: trzynaście pięćdziesiąt.

Naszła mnie głęboka wątpliwość.

Była to zbyt wysoko ceniona przyjemność. Przyjemność, którą mógłbym zastąpić może większą – paczką marlboro albo mrożoną pizzą, zestawem big maka albo tuforju jakimś, a może kupiłbym Politykę i jeszcze na dwa piwa by mi zostało?

Ananas przegrał.

I kiedy jego symboliczne truchło wróciło na miejsce – koło doniczki z bazylią, z ust moich wyszło niespodziewane i trochę zbyt głośne: Eh… za drogi. – Nagle zorientowałem się co przed chwilą zrobiłem, a czego nie robię nigdy – mianowicie powiedziałem do siebie. Powiedziałem coś do nikogo. Przy ludziach. I jak na złość, cholera, kobieta stojąca po drugiej stronie zmierzyła mnie obrzydliwie. Musiała już wcześniej zwrócić uwagę na stojącego jak ten słup soli faceta, który myśli nad istotą rzeczy tam, gdzie nie ma niczego. We wzroku jej jakiś strach się malował – może nie tylko przede mną, ale przed tym przykrym zjawiskiem. Stałem się fenomenem. Jej strach przeszedł na mnie, a właściwie podbił wcześniejszą reakcję, że tak się splamiłem, czego – powtarzam – nigdy nie robię i zawsze stoję po drugiej stronie, patrząc tylko i myśląc: kolejna, kolejny.

Zazwyczaj kojarzyłem to z ludźmi, którym tak innych brakuje, że muszą ich sobie zastąpić; projektują ich nieświadomie. Niewinni, stęsknieni za drugim człowiekiem. Ja chyba nie byłem aż tak przyklejony do ludzi, żeby w ten sposób tęsknić? Byłem sam i sam do siebie mówiłem, ale cicho, tylko wewnątrz mówiąc płomiennie: Czy nie jest szaleństwem mówić do siebie? Przecież należy myśleć, nie mówić, kiedy się nie ma do kogo – inaczej to nienormalne, to patologia, tak się nie robi!

I w tym wybuchu coś mnie zmieniło, wróciły te chwile bez świadków; zwykle w pokoju, kiedy coś w sieci znajdę – co mnie poruszy, ukłuje – a zamiast jęku, wypowiem komentarz albo głośny zachwyt przeżyję. Jednak mówię do siebie.

Odechciało mi się owoców, odechciało mi się kolejek, ludzi i dbania o dietę. Zjadłem słodką bułkę z kiosku naprzeciw. Idąc zmarzniętym chodnikiem, zadzwoniłem po Gochę. Godzinę później piliśmy wino na skurczone żołądki i moją samotność.

Nocą przyszła pizza. Trzydzieści trzy dziewięćdziesiąt.

  • http://Wynurzony.pl Błażej Gantz

    Czasem jest potrzeba porozmawiania z kimś równie inteligentnym co my sami 😉 Jest to względnie normalne jako, że potrzeby społeczne są w miarę nisko w piramidzie potrzeb 😉

  • bp

    Czy w takim razie pisanie też jest szaleństwem? To przecież także wypowiedziana myśl do siebie. Ktoś może przeczytać, tak samo jak może usłyszeć zdanie powiedziane pod nosem. W pisaniu jest jeszcze większa samotność. Ale to jest właśnie droga przeciwna, krok OD szaleństwa. Są myśli, które nie wyjdą nawet przy największym wysiłku, a które chciałoby się jakoś wyrwać z głowy. Niech więc wyjdą przynajmniej te niespodziewane, wyrwane z kontekstu, powstałe pod wpływem chwili.

    To nie do końca na temat, ale skojarzyły mi się choroby i szaleństwo z przeczytanym niedawno wywiadem z Charliem Kaufmanem
    „Uważam, że każdy z nas cierpi na zaburzenia psychiczne. Z braku lepszej terminologii, diagnostyki nazywamy to po prostu subiektywnym spojrzeniem na świat, przypisanym każdej istocie ludzkiej.”
    http://www.dwutygodnik.com/artykul/6350-nie-wroce-do-pracy-w-call-center.html

    do następnego,
    b

    • http://podnaporem.pl Pod Naporem

      Pisanie i szaleństwo są bardzo blisko siebie. Może głównie przez to, że to drugie bywa hasłem-wytrychem na opis innego, dziwnego, nietypowego, a że pisząc sprawozdajesz swoje ciemne strony – możesz oczekiwać sądu. Przecież wszyscy jesteśmy po trosze szaleni.

      • bp

        Oczywiście, szaleństwo to szalenie płynne pojęcie. Jedni kończą w więzieniu, inni w szpitalu, jeszcze inni piszą, kolejni szybko umierają, a pozostali żyją w nieświadomości. To jednak dość niesprawiedliwe, że od każdego odstępstwa od normy natychmiast szuka się lekarstwa (to pewnie instynkt przetrwania). Choć tworzenie to wyjątkowo dobry lek. A może nie? Teraz zawężam ludzkość do tych, dla których tworzenie jest/było jedynym sposobem na istnienie. Czyli to, co stworzą jest w zasadzie tylko skutkiem ubocznym próby poradzenia sobie z czymś dziwnym w środku (jakkolwiek błaho lub pretensjonalnie by to nie zabrzmiało. Co z tego że… nie, to jest temat rzeka.

  • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

    Jacek, zadzwoń następnym razem, to nakarmię Cię sernikiem. Może być nawet jakieś warzywo obok.

  • Kaśka

    omójboszee jaki przeintelektualizowany weltszmerc <3 Jednak muszę przyznać, że końcówka z pizzą dotknęła pilchowskiej "istoty rzeczy". Pozdrawiam!

  • https://idyllliumetsymphonia.wordpress.com/ Marcin Brożek

    Samotność to suka. Ale i nauczycielka. Dzięki niej możemy dotrzeć do głębi naszego ja. Do własnych pragnień i pożądań, które zazwyczaj są maskowane przez wpływy innych. A jeśli chodzi o gadanie do siebie… Ja gadam sam do siebie. Nawet często. Jak za dużo mi myśli się plącze jak kot pod nogami w głowie. Lepsze to niż przesiąknięcie rzeką szalonych idei, które pewnie nigdy całkowicie nie wyjdą na światło dzienne.