Skip to content

Tykające bomby

Budzi mnie grzmot, który wydał z siebie piec. Stary gazem odetchnąć musi, zanim go podpali. Fala małej eksplozji dobija do drzwi, one trzepocą w zawiasach jak pałka na nisko strojonym bębnie. Stłumiony huk mnie budzi, budzi mnie coś, więc żyję. To jeszcze nie dziś napiszą o zgliszczach tego mieszkania.

O czwartej nad ranem zapalam papierosa, kaszlę. Kaszlę więcej ostatnio niż zwykle. Słyszę swój oddech bardziej, jest strasznie nierówny. Klatka piersiowa podnosi się i opada, wewnątrz to niesforne coś, które jest mnie częścią, ten dudniący organ, który mnie podtrzymuje. Bije szybko i poza kontrolą, chwyta, wypuszcza. Nie mierzę ciśnienia i tętna, nie chcę się denerwować, nie mam nawet czym tego zrobić. Próbuję odliczać samemu: raz dwa, raz dwa – i zanim kolejnej pary doliczę, pęd już ucieka, czuję jak szybciej i szybciej bije, stresuję się  przez odliczanie zabije mnie prędzej, zatrzymać się chce i bić, i bije tak żebym przypadkiem się życia nie chwycił za mocno, żebym się nie przywiązał.

Uciekam w telefon. Brak internetu, sieć rozłączona, jestem bez ręki. Sięgam po stary modem z brzuszkiem u tyłu, przez szczelinę widzę szarą i wystającą błonę, napęczniałą od płynu. Dociskam, żeby klapka mogła się zamknąć, ale ostrożnie, uważam, błona do granic napięta. Przenośny, rozładowany modem chcę podłączyć do prądu i zanim to zrobię, wstrzymuję oddech. Przypominam sobie obrazy, nagłówki o poparzeniach i straszliwym kalectwie – skutkach eksplozji zniszczonych baterii. Co dzień ryzykuję, noszę ze sobą bombę, która czeka, żeby mnie zburzyć, zachwiać mną, zniszczyć. Podpiąłem, nic się nie stało. Nie dzisiaj, jeszcze nie dzisiaj.

Mimo, że na zewnątrz jest ciemno i piąta trzydzieści, ja nie śpię, za zamkniętym oknem słyszę ptactwo. Podchodzę, otwieram okno, oddycham głęboko, staram się uspokoić. Ulica jest cicha i martwa, opodal drzewa czekają wiosny. Niżej przejeżdża czerwony volkswagen, a nad nim, w kamienicy zapala się światło. Kobieta w szlafroku wyjmuje jogurt z lodówki. Siada przy stole w kuchni, przeciera oczy, patrzę ciekawy kulisów jej życia, podglądam. I ona też zerka tutaj, podchodzi do okna z jogurtem w dłoni, powoli i naturalnie. Palę, ona popija śniadanie, patrzymy po sobie spokojnie i będąc pewni, że nic nam tu przecież nie grozi, że czeka nas dzień cały, życie całe, i że kierowca golfa tak samo jak my, tylko wypełnia swoją codzienność. Wszyscy w głębokim przekonaniu, że jeszcze nie dzisiaj, nie dzisiaj się przyjdzie rozstać ze światem.

  • Klara

    Uwielbiam ten Twój pretensjonalny bełkot, więcej <3

  • przydacz

    no popatrzcie jak mało słów wystarczy, żeby trafić w sedno

  • pasażerka

    Cóż za katastroficzne wizje! Jeszcze nie pora umierać, jeszcze możesz potworzyć, dekadento.

    PS Jak się kaszle, to się nie pali.

  • UnluckyMansDemise

    świetne!

  • Madeleine

    Dopiero niedawno odkryłam tego bloga i z przyjemnością stwierdzam, że idealnie pasuje on do porannego papierosa i kawy. Strasznie podoba mi się twój styl, a treść trafia do mnie w każdym calu.
    Chcę więcej i niecierpliwie czekam,
    Madeleine

  • happily_whatever_after

    Brzmisz jak moje ulubione książki.

  • MS

    piszesz tak cynicznie cierpko że mam ochotę przez Ciebie zapalić.

  • Czyżby

    Jak czytam twoje wpisy to mam wrażenie, że bardzo starasz się poskromić chaotyczność albo przynajmniej wprowadzić takie zabiegi, żeby wszystko było zrozumiane dla odbiorcy o niższym poziomie intelektualnym od Ciebie. Nie wiem, czy tak jest, ale jeśli tak to bardzo chciałabym przeczytać coś twojego gdzie się nie hamujesz, gdzie chaotyczność jednak przebija, bo takie dzieła mają największą wartość.
    Poza tym uważam, że to co robisz jest wartościowe pod względem filozoficznym i literackim, chociaż nie znam się na żadnym z tych aspektów :)