Skip to content

Spaliłem całą miłość

Zapaliłem kolejnego papierosa, kiedy K. pląsał się na parkiecie. Nie była to najlepsza noc do tańczenia, jednak im bliżej wschodu tym mniej alternatyw, mniej chęci szukania; nie w smak nam była wiśniowa na mrozie. Mimo, że tego nie chciałem, wylądowaliśmy w klubie.

Palarnia, do której wchodząc zmrużyłem oczy. Dym wił się kłębami, można go było swobodnie dotykać, kierować nim w różne strony. Siedziałem sam w rogu, K. tańczył w sali za ścianą. Ludzi było pełno, ale znalazł się wolny stolik. Wszyscy obok siedząc czy chodząc, łokciami musieli się ścierać, i ja krzesło w krzesło byłem z jednym gościem:

– Chcesz szluga? – spytał nagle, serdecznie.

– Przecież palę.

Tak, schowaliśmy się przed zimnem w popularnym klubie, ale by tak rzec: gejowskim.

*

Kiedyś było mi strach; wyobrażałem sobie te wszystkie różowe koszulki i turkusowe futerka. Rzeczywistość jest znacznie zwyklejsza – nie różni się wiele od innych placów zabaw dla dużych dzieci. Stereotypowi trzeba tylko oddać jedno – facetów jest faktycznie więcej. Za to, jakby w rekompensacie dla heteryka, kobiety wydają się ciekawsze, może ładniejsze, a może ich mniej po prostu. Pewnie i one patrzą za kobietami, chociaż ciężko stwierdzić, bo i tak po sobie patrzymy wszyscy, jesteśmy blisko, tkwimy razem w niepoprawnym miejscu, gdzie może się zdarzyć więcej, gdzie może się zdarzyć wszystko. Katartyczna aura uwolnienia, dreszcz biegnie po plecach.

Jeszcze zanim K. poszedł tańczyć, musiał znaleźć swojego partnera. Stało się to szybko, bo jak nieczęsto poznaje się nowych ludzi po knajpach, tak tutaj prawdopodobieństwo było znacznie większe. A. miał na imię ten niespełna magister, uśmiechnięty chłopak o nienachalnej urodzie, z grzywką opadającą równą przekątną po czole. Przyszedł z siostrą, M. – poznaliśmy ich w kilka minut po wejściu do klubu. Usiedli obok, bo też innego wyboru nie było; od razu śmiało patrzyli po nas. Ona poprosiła o ogień i zaraz wyciągnęła dłoń na przywitanie: nie lubię tak bez przecawień. Miała niemiecki akcent, A. brzmiał lepiej, dość czysto. Ona niemieckiego uczyła od pół roku, on szwendał się po świecie. Oboje z Niemiec pochodzą.

Byli niezwykle ciepli i mili, dawno nie spotkałem podobnych ludzi, tak bezpośrednich, otwartych. W moim zdziwieniu, że można tak lekko, odważnie, poczułem się przyparty do ściany, zmuszony do wzajemności. Było to ciężkie o tyle, że cały wieczór wspominaliśmy z K. nasze wymyślone problemy – nimi negowaliśmy przyszłe i przeszłe związki – wychodziło to głównie z mojej strony. K. dłużej był sam i już odżył, zaczął węszyć. A ja nie byłem w stanie wyobrazić sobie znów tego uczucia, tej tęsknoty za kimś albo za czymś, co ostatnio kojarzyłem jednoznacznie: z klatką. Wszystko co było ważne, znajdowało się poza pojęciem związku. Czyżbym się już tak na odwrót, cały wysublimował?

Z kolei M. była śliczna i inteligentna, wysoka i szczupła, o gęstych blond włosach i lekkim makijażu. Całkiem w moim typie. Szukała mojego spojrzenia i ja też chciałem to spojrzenie czuć, ale nie mogłem, nie chciałem; w moich oczach widziała tylko zgorzknienie, ucieczkę.

– On coś taki markotny jest, zupełnie jakbym cię widział, M. – pomagał siostrze A.

– No-no, ale to nic, Jacek pewnie też lubi Schopenhauera.

– Znowu to samo – spojrzał po nas wyłupiając oczy. – Ona się nawet do wydarzenia: Walentynki spędzę z Schopenhauerem zapisała!

Dalej już nie słuchałem. Zaczęła się ta prezentacja, ten uwidaczniany potencjał, pseudointelektualna gra. Biło echo jej wrażeń z lektur, wartkich myśli, przygód z ludźmi, których uczy niemieckiego. Chociaż każde jej słowo brzmiało urokliwie i polubiłem tę niemiecko-polską mieszankę – dźwięczną i miękką, bo w swoim kuśtykaniu pełną wdzięku, to jednak im bardziej M. mi się podobała, tym większy tworzyłem charakter opozycyjny – wymyślałem wszystkie złe cechy, które może mieć pod skórą; ich pierwiastki były w każdym geście, słowie, i nawet gdybym się w tym mylił, one już istniały, tutaj, dzięki mnie. M. była obietnicą nie do spełnienia. Była obietnicą szczęścia. Malowniczą i bezsensowną.

Minuta za minutą trwała katorga lukru i flirtu. Słyszałem rechot K., docierało do mnie światło odbite na wilgotnym czole A. Piłem swoje piwo, milcząc. K. przesiadł się do A., M. przeszła na jego miejsce koło mnie. Podniosłem głowę, wymusiłem uśmiech, ona odpowiedziała szczerze i pięknie – czarująco podniosła policzki. Patrzyliśmy sobie w oczy, kiedy tamci dwaj wstali i poszli na parkiet. M. pogładziła moje włosy; powiedziała, że powinienem zmienić szalik na taki z naturalnej wełny, na co ja nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Poszła za nimi. Piłem swoje piwo.

Przyszli na ich miejsce następni – para „szybkich” gówniarzy. On gej modelowy – włos ułożony na żel i bok wygolony do skóry, tunel w uchu, wydatne usta; przekroczył dopiero dorosłość. Ona jak pączek – niska i zbita, jej postać przypominała tęgie murzynki z amerykańskich filmów komediowych – takie, które biją zanim to przemyślą. Uniosła podbródek i zapaliła papierosa, po czym z teatralną manierą wypuściła dym.

– Jak się bawisz? – rzuciła w moim kierunku.

– Wybornie. – bez krytej ironii.

– Aha, wybooornie?

– Tak.

Wyczuła.

– Te, Natala! A u ciebie wszystko gra? Żebyś mi tylko nie zszedł. – przywołała go do porządku.

Natala zaciągnął się trzeźwo dymem i pokręcił głową na znak, że nie zejdzie. Potem zerknął na mnie, rozszerzył dwururkę do ćpania i spytał:

– Chcesz coś?

– Nie, ja tylko palę.

– A widzisz… – Murzynka zdziwiła się sztucznie. – To bardzo zdrowo, abstynent jesteś! – poklepała mnie po kolanie i patrzyła na Natalę tak jakby miał ze mnie wziąć przykład.

Truliśmy się dalej bez słowa. Zgasili papierosy i bez pożegnania wstali, poszli. Minęli się z M. Widziałem jej uśmiech błyszczący z daleka, wydawała się w tym świetle nieziemska. Szła pewnie i lekko zarazem, jej zwiewna spódnica ocierała się o ciemne rajtuzy falując anielsko. M. nie czuła żadnego skrępowania czy wstydu, że idzie tu do mnie sama, jakby mnie znała od zawsze.

Usiadła naprzeciw.

– A. mi podpowiada, żebym ci już o filozofii nic nie mówiła.

– Nie, nie przejmuj się. Możemy o tym pogadać.

Ciąg dalszy nastąpił. Miała jakieś pojęcie, chociaż tylko jakieś, co nie zmienia faktu, że nie znam wielu rówieśników o podobnej kompetencji. Robiła mało błędów językowych, ale zawsze zdążyłem poprawić ją w myślach. Nic, czym mogła przegrać, nie było mi obojętne. Niewiele mówiłem.

– Wkurzam cię pewnie, spalę i zaraz sobie pójdę.

Spaliła i wciąż była przy mnie. Opowiadała kolejne historie, a czasem milczała i patrzyła najprościej w oczy, zarumieniona, czekała aż coś powiem; nie miałem ochoty mimo szczerej sympatii, zauroczenia? Jak możesz wciąż być miła, rozmawiając z takim chujem? – pytałem siebie i było to dla mnie naprawdę niepojęte. Chociaż nie chciałem nim być, nie chciałem być tak surowy i oschły, ale jakakolwiek intymność była mi jak klęska. W tej głupiej i ścisłej doktrynie nie widziałem wolnej przestrzeni – choćby na jedną noc, choćby na dziesięć minut w kabinie; odrzucałem każdą fantazję, którą mogła spełnić M.

– Nie podobam ci się, ale wiesz, ja po prostu lubię poznawać różnych ludzi, jest to dla mnie fajne.

– Dla mnie też, ja też lubię…

Nawet nie wiem co chciałem powiedzieć, czułem jedynie nagłe ukłucie, które prowokowało do zmiany tej sytuacji – aby jutrzejsze wspomnienie M. o „różnym człowieku”, tym dziwnym człowieku, było jakieś inne.

Wstała i zawisła nade mną:

– Idę tańczyć.

Dostałem ostatnią sekundę, ale zdobyłem się tylko na ten marny uśmiech. M. uniosła kącik ust i jak troskliwa matka przyłożyła dłoń do mojego policzka.

Umarłem na chwilę, a ona zaraz znikła. Więcej już się nie widzieliśmy.

  • happily_whatever_after

    Wow. Chcę więcej!

  • Fantasta

    Jakie napięcie, jak dotąd najlepszy wpis. Odwzajemnienie tego zaangażowania w kontakcie z drugą osobą nie zawsze musi równać się z długodystansową relacją a więc i tęsknotą za kimś, chodź w tym przypadku za czymś tak, nie przemyślałem tej wypowiedzi ale zacząłem wykorzystywać Twojego bloga jako możliwość do uzewnętrznienia również swoich myśli, zazwyczaj po napisaniu już swojego wywodu, ponownie go przeczytawszy stwierdzam „nie warto”. Tutaj na szczęście, a może i nieszczęście tego nie odczuwam. Dzięki Ci Jacku za tę możliwość.

    • http://podnaporem.pl Pod Naporem

      I ja dziękuję, że Ci się chce. :)

      • Fantasta

        Człowieku dziwny, czyżby weny Ci zabrakło czy w pocie czoła szykujesz coś grubego? Trochę tu pusto ostatnio.

        • http://podnaporem.pl Pod Naporem

          Ostatni tydzień sesji. Wyjazdy i rozjazdy, nie mam na nic czasu. Z początkiem marca dopiero coś złożę do kupy.

  • Gabriela Owdziej

    Gdybym była bardziej sprawna w układankach słów, czytałbyś coś co znaczy więcej niż och i ach, a grzeje bardziej niż przyjacielskie i szczere poklepanie po plecach.

    Jednak potrafię tylko wysłać grymas pokraczny z rodziny uśmiechopodobnych i dygnąć w podzięce.
    Może to naiwność podlotka, ale pomyślałeś mi ten felieton Kasi N., może i Tobie przyniesie jakąś miłą myśl:
    http://zwierciadlo.pl/bez-kategorii/blizniaczo-samotni

    serdeczności,
    G.

    • http://podnaporem.pl Pod Naporem

      O jak Nosowska ślicznie pisze! Dzięki za to i za klepanie po plecach, pomaga :)

      • Gabriela Owdziej

        Z radością to czytam, aż mi się grymas jakby bardziej twarzowy ułożył.. 😉

  • banned

    To było całkiem niesamowite.

  • Maxxie

    Dobre… Przeczytałbym książkę w podobnym klimacie…

  • Agata Klimczuk

    Ładnie to ująłeś: ,,umarłem na chwilę”.

  • Justyś Cz

    Bycie pojedynczym człowiekiem wymaga bardzo dużo wyczucia. Jest się wtedy wystawionym na dużo więcej „pierwszych” kontaktów, niż by się potrzebowało.
    Dopiero odkryłam, świetnie się Ciebie czyta.
    Pozdrawiam i życzę uśmiechu w ten paskudny dzień!

  • przydacz

    Przeczytałam właśnie wszystkie Twoje posty. Specjalnie zaparzyłam sobie kawę, okryłam się kocykiem, jak gdybym chciała uchronić się przed tymi wszystkimi myślami czy kolejną nieprzespaną, spędzoną na nieskończonych refleksjach nocą, cóż – koc nie uchronił, ale ciepło przynajmniej jest. Może to zasługa tzw. współodczuwania, może tego, że myślimy w podobny sposób, powód w sumie nie jest ważny. Ważne jest to, że zaraz zrobię sobie kolejną kawę i pozwolę sobie zatracić się w tym natłoku myśli, pozwolę sobie na bycie pod swoim własnym naporem, mojego własnego dziwnego człowieka.

  • Monika B

    Czytając ten tekst slizgalam się po literkach do końca, aby jak najszybciej poznać finał historii a jednocześnie nie chciałam, żeby się kończyła – tak mnie kupiłeś swoim stylem.. :)
    Wynika to też pewnie z tego, że w pewnym aspekcie utożsamiam się z głównym bohaterem. Stety bądź niestety… Ech…

  • Pola Negri

    trafiłam tu przypadkiem i jakie miłe zaskoczenie! tekst jest ponadprzeciętny. nie wnikam, w jakim stopniu jest to fikcja literacka, a w jakim inspiruje Cię życie, ale… przecież to wcale nie musi tak wyglądać. ta klatka. sztuką jest spotkać takiego człowieka, który nie zamknie Cię w klatce, a zmotywuje do lotu! ale to pewnie idealistyczne brednie, prawda? :) zresztą co ja tam wiem…
    w każdym razie tekst naprawdę dobry. będę tu czasami wpadać z kubkiem herbaty.

  • Laura

    Jej, ten tekst mi uświadomił, że powinnam przestać oceniać ludzi pod względem ich znajomości filozofii. Ostatnio ktoś wydał mi się „szczególnie ciekawy”, bo umiejętnie powiązał skarpetki z Heideggerem, a jego samego z Adorno. W ten sposób nigdy nie przedłużę gatunku w żadnej toalecie.
    No nic, czekam na więcej słów!

  • pasażerka

    Zastanawiam się, na ile ta głupia i ścisła doktryna Ci starczy? Właśnie tak widzisz całe swoje życie? Nie zamierzam tego oceniać, teraz to nawet modne, a jeśli idzie za takim rozumowaniem jakaś ideologia, to nawet lepiej. W końcu każdy żyje jak chce i to jest chyba najpiękniejsze w tych czasach. Tylko tak sobie myślę, że los bywa przewrotny – my często gardzimy szansami, które nam daje, a potem po cichu tęsknimy do tej, jak to Ty nazwałeś, klatki…

  • marylou

    A co gdyby to M. okazała się tą zgorzkniałą, niedbającą o względy bohatera jednostką? Czy w zaistniałych okolicznościach to mężczyzna nie przejąłby jakże niewdzięcznej i upokarzającej roli tego bardziej ‚zainteresowanego’ potencjalną partnerką? Chociażby nieświadomie? A może to zwyczajny mechanizm ról społecznych, w które sami, chcąc nie chcąc się wpisujemy?…Fajnie być nonszalanckim intelektualistą…tylko wtedy gdzie ta klatka, do której w gruncie rzeczy (pomijając przypadki socjopatii i autosadyzmu) zwykle i tak dążymy…bo ostatecznie wolimy ją niż samotność.

    • http://podnaporem.pl Pod Naporem

      Dobre pytania.

      • marylou

        Dziękuję. Szkoda tylko, że to są pytania bez odpowiedzi i będziemy tak biec na oślep aż do następnego razu…jaki to ma sens?

  • Kokosowy Maniak

    Wow, byłam zawiedziona że to już koniec kiedy czytałam ostatnie zdanie. Całą książkę bym taką przeczytała. Świetny styl pisania – rozpływający, ale nie przymulający.