Skip to content

Hania leży na łóżku przy ścianie i czeka

Wracała dziś wieczór do domu, wracała żeby wreszcie odpocząć. Miała małą migrenę, bolały ją plecy, siedziała długo pisząc bzdury na zamówienie. Hania pracuje w agencji, obmyśla strategie, rozmawia z klientem. Na szczęście branża jest kreatywna – powiedzmy – dlatego Hania nie nudzi się w ogóle, a część zadań sprawia jej jakąś przyjemność. Dostała ostatnio awans; wracając po pracy czuła się nawet spełniona.

Hania nie realizuje się wyłącznie w agencji. Pogodę czerpie z wolnego czasu, który jej się należy. Wtedy może robić wszystko na własny rachunek; Hania uważa, że jest sobie najważniejszą inwestycją. Inwestycją dobrą i ambitną, poza tym atrakcyjną i lubianą, choć samotną od miesięcy. Poniekąd Hania w tym właśnie widzi powód swojego szczęścia – w wolności od zobowiązań, w swojej niezależności i  można powiedzieć – izolacji. Świat wydaje się wtedy na wyciągnięcie ręki, a żaden gest, żaden kierunek nie może być zakwestionowany z zewnątrz. Odkąd Hania jest samotna, panuje nad wszystkim; czas jest pod jej dyktaturą, a świata nikt już nie zasłania.

Dzieli jednak mieszkanie z parą studentek i nauczycielem yogi; lubią się i – co ważne – nie przeszkadzają sobie. Wcześniej w domu był jeszcze Grzesiek, jej były. Pospieszyli się i tak wyszło, czwórka ich wtedy została. Odtąd Hania czuła się wolna od ciągłej różnicy – w myśleniu, w działaniu, wolna od wszystkiego co dzieli ludzi, którzy się na siebie skazują.

Pamięta próby nadania sensu, który pierzchł po każdym jego ustanowieniu. Pamięta nie tyle kłótnie, co ciszę, kiedy zadawała sobie te wszystkie pytania: czy związek nie jest jedynie przyzwyczajaniem, które trawi uczucie? I czy kiedy ono umiera, człowiek powinien uciec? Zadawała je wtedy, gdy Grześ nie zadawał niczego, kiedy Grzesia przy niej nie było, kiedy on nic nie widział. Związek stał się dla Hani tylko tym: notorycznym niedostrzeganiem.

Hania zrezygnowała z Grześka.

Po ostatniej rozmowie usiadła w fotelu i rozejrzała się inaczej, swobodniej po czterech ścianach swojego życia, po kilku kwadratowych metrach, które w tej chwili stały się jej wyłączną własnością, niezakłóconą żadną fizyczną, czy formalną granicą. Odetchnęła wreszcie z ulgą, bo jeśli ufać, że ten czas tutaj miałaby na tym polegać, żeby być z kimś, kochać kogoś, ofiarować siebie, to Hania nie chciała już siebie ofiarowywać, Hania wolała samotność; odrzuciła ogólnie przyjęte zasady polegania, Hania poległa wyłącznie na sobie, i tak jej było dobrze.

Wracała więc żywym krokiem do domu odpocząć, czyli w końcu się zamknąć w pokoju z tym wszystkim, co kocha. Ból głowy mijał im bardziej płynęła myślą się do planów i tego, co może jej sprawić przyjemność. I dobrze, jak dobrze, że jestem sama! – pomyślała wchodząc na klatkę schodową. Ironicznym proroctwem miały się okazać te słowa, bo kiedy już usłyszała znajomy głos skrzeczący swoje kazanie, które mogła z pamięci dokończyć, Hania nie wiedziała co myśleć. I jak wielkie było zdziwienie, gdy po wejściu do swojego mieszkania zobaczyła ich wszystkich razem przy stole w kuchni, wszystkich lokatorów obecnych i tego byłego, spijających ze swoich ust żart, anegdotę i czerwone wino. Hania zamarła. Grzesiek, nie wychodząc z rozmowy, niby całkiem niezaskoczony, rzucił ze swobodą silnego najeźdźcy:

– Ale ty późno wracasz, Boże… Dołączysz?

Co miała odpowiedzieć? Co miała zrobić? Zobaczyła jego rumiany policzek, jego rzadki zarost i małe zmiany, które urosły od niewidywania. Taki sam, ale inny Grzesiek.

– Nie, raczej nie. Jestem zmęczona, muszę pracować.

– Nad czym?

– Nieważne.

Hania nie mówiąc już nic, nie myśląc, poszła do swojego pokoju. Pożegnana spojrzeniem, które szydzi z tego, kto boi się i ucieka, odeszła. Hania w istocie postradała zmysły na chwilę, poplątały jej się słowa w głowie, nie wiedziała co czuć, co robić, szamotała się wewnątrz i nie wiedziała jak długo robiła z siebie idiotkę stojąc przed nimi, uginając nogi i nie panując nad wzrokiem. Hania roztrzaskała się jak sopel, który spadł z wysoka.

Mogła wyjść, ubrać się, pójść gdzieś, byle nie słyszeć, nie wiedzieć że nadal są tu, że on tu jest, przy niej. Hania legła tylko na łóżku myśląc co zrobić, chociaż nie, to nieprawda  chciałaby tak pamiętać  Hania przeciwnie, szukała tylko kolejnych dźwięków zza ściany, chciała wiedzieć czy coś o niej mówią, czy ta cisza pomiędzy zdaniami nie jest podszyta kontekstem – czy ich rozmowa nie jest Hanią podszyta, czy się nie krępują i czy zaraz jej nie zaczepią. Hania nie robiła nic prócz tego. Powinna była wyjść, wziąć książkę, szkicownik, cokolwiek. Wolała jednak męczyć się, wycisnąć z tej chwili cały smutek, którym płaciła okupantowi czasem, emocją, przestrzenią. Chciała coś udowodnić  nie do końca wiedząc co, wiedziała tylko komu.

Hania wzięła w palce węgiel i zaczęła rysować, kreśliła nim po kartce jak zawsze, chociaż każdy ruch jej i każde drgnienie było zależne od świata za ścianą. Hania przestała poprawnie funkcjonować, zdała sobie taką sprawę. Hania nie mogła niczego zrobić, nie mogła się wyobcować, odpuścić, nie mogła przestać wyobrażać sobie kuchni, w której siedzieli. Nie chciała zasnąć, młoda ambitna chciała tę sytuację rozwiązać, a może bardziej – doczekać jej końca. I trwała w niej i myślała tylko o tym, że trwa tak i nie wie co zrobić, i odbudowywała w głowie zarys nowej, choć tej samej twarzy Grześka. Czas mijał. Minęła godzina. Hania nie narysowała nic.

Nie chciała wyjść ze swojego pokoju, chciała udawać, że jej tu nie ma. Chciała tylko pastwić się nad tym czasem i analizować co zaszło – już dość tego, już dość. Nie było jej dość i nie wybierała się nigdzie, i nawet kiedy chciała skorzystać z toalety, brak jej było odwagi. Tu było bezpiecznie i ciepło, jedynie tutaj mogła przestać istnieć. Nie chciała o sobie przypomnieć, chciała być dobrą byłą, czyli tą nieobecną. Odbierała tylko dźwięki zza ściany  coraz barwniejsze, żywsze, nieskłonne usnąć, rozstać się i dać spokój. Hania była w piekle, pozbawiona klamek w celi – siedziała tak, żeby tego piekła doświadczyć.

Usnęła.

Zbudziła się godzinę później czy dwie. Wybiła dwunasta.

Wyszła już pozbawiona lęków, poszła się umyć, załatwić. Wtedy ucichło coś stamtąd, oni wiedzą, że wyszłam.

Nie, nikt nic nie wiedział, zaraz wszystko wzburzone tak samo, tak samo głośne, huczne, bolesne.

Hania zmyła twarz i zęby, obejrzała szklane oczy w lustrze i wróciła do pokoju.

Wzięła jedną z książek, którymi leczy i pogłębia podobne stany:

Czytam ten telegram i przerażam się na moment. Przeraża mnie nie postępek Lizy i Gnekkera, ale obojętność, z jaką przyjąłem wiadomość o ich ślubie. Powiadają, że filozofowie i prawdziwi mędrcy są obojętni. To nieprawda: obojętność to paraliż duszy, przedwczesna śmierć.

I myślała sobie wtedy Hania, że w perspektywie każdego problemu  jej problem nie jest tak ważny, a właściwie żaden nie może być – gdyby się tylko zdystansować i umrzeć przedwcześnie, nie mając na głowie już żadnej wzniosłej albo wściekłej frazy; najgorsze, że było to od Hani tak odległe, jak bliski był jej niegdyś Grzesiek. Jak bliski był jej wtedy – za ścianą, tak ona bliżej jeszcze – siedząc przy nim tam i wszędzie indziej, wracała do leżenia nocą na chodniku, kiedy głaszcząc, mówił: kocham. Hania czuła znowu ściętą trawę, którą wtarł we włosy, czuła smak lodów, które jedli na kolejne przeprosiny, po tym jak znowu go nie było, jak znów nie było dla niej czasu, potem kolejne lody i kolczyk i złoty zegarek na rękę też, a później kupił ich wyjazd do Gruzji, kupił serca jej rodziców, wszystko kupił, ale Hania jest bezcenna, kontrakt w końcu wygasł.

Hania leży na łóżku i czeka.

Oni wciąż są tam, ona bierze kolejną książkę, pierwszą lepszą, czyta.

Jednak coś się dziać zaczyna.

W końcu. Teraz.

Krzesła skrzypią, zasuwają się, ktoś się żegna, ale cicho jakoś, coraz ciszej. Cisza. Hania leży na łóżku i czeka. Gaśnie światło w korytarzu, kuchni. Oddech.

Coś skrzypie, klamka zapada, ciemno wokół, wchodzi i dziwi się bardzo:

Ty nie śpisz? Myślałem, że śpisz. Bo ja, ty… Masz duży pokój. Mogę wziąć od M. materac i położyć się tu obok? – wskazał na podłogę palcem, po czym włożył palec w kieszeń startych jeansów.

Hania nie chce uwierzyć, Hania nie chce…

No dobrze.

Śpij, Hania, zaśnij! To się nie dzieje naprawdę, Grześka tu nie ma, Grzesiek nie myje się teraz i nie rozbiera się, ciebie też nie ma, bo ty leżysz na łóżku, kiedy on tylko będzie leżał pod tobą, pod łóżkiem na materacu. Podzielicie sobie to miejsce, pooddychacie tym samym powietrzem, zaśnij po prostu! 

Hania nie chce uwierzyć, chce spać już tylko najszybciej, ale nie może, nie wierzy, nie wierzy w to, co się dzieje – choć wierzy jedynie w to, co ma nadejść, jest tego nieomal pewna. Grzesiek jest tu i zadaje przewidziane pytanie:

Bo wiesz… Musiałbym teraz pompować materac… Jest późno, mogę?

Hania leży na łóżku przy ścianie, leży na łóżku przy ścianie i czeka, czeka na sen, żeby nastał; jej ciało sztywnieje i zimno bije od grubej ściany – leży tak przyklejona i ani drgnie Hania, kiedy Grzesiek kładzie się obok. Ani drgnie, chociaż czuje jego zapach, wszystko wraca, wszystko oprócz tego zamordowanego z jej ręki uczucia, wszystko to ciśnie ją teraz do okropnie zimnej ściany. Ani drgnie samotna Hania, samotna i zgwałcona Hania, cisza, ani drgnie, on się wierci, on ją wierci wewnątrz, ani drgnie, ani drgnie… Cisza. Sen.

Zasnął już. Godzinę, dwie, trzy jej było trzeba, ale śpi, śpi już także biedna Hania.

Rankiem budzi ją, ubiera się i wychodzi już, ale jeszcze:

Gdybyś chciała pójść gdzieś kiedyś, daj znać.

Nigdzie już się nie chcę ruszać – powiedziała Hania.

  • pasażerka

    Dla Hani widzę dwa rozwiązania. 1) zdecyduje się ruszyć, jednak będzie już za późno, będzie długo umierała, aż w końcu się podniesie i finalnie odnajdzie w tłumie innego Grzesia. 2) doszczętnie skamienieje i nigdy już żadnego Grzesia do siebie nie dopuści. No, chyba, że na chwilę.
    Życzę Hani rozwiązania pierwszego, ale coś mi mówi, że prędzej wybrałaby tę łatwiejszą drogę.

  • Czyżby

    Jestem pewna, że Hania nie będzie tak czekała w nieskończoność, bo życie trwa i ona też trwa.